Wczytwanie, proszę czekać...
Nota Wydawcy
Rozmowy na temat radości chrześcijańskiej zebrane w tej książce nie były
łatwe, bardzo trudno bowiem zdefiniować radość. Kiedy jest, ciężko ją
uchwycić, a kiedy jej nie ma, rodzi się smutek i cierpienie.
Zaproszeni autorzy powiązali radość z nadzieją. Radość wyłaniająca się z
nadziei pozwala wierzyć, że to, co trudne, minie. W Biblii, zaraz po
najczęściej pojawiających się słowach umocnienia Nie bój się,
spotkamy nawoływanie i zaproszenie Boga do radości. Również tej radości
najtrudniejszej – w obliczu świadomości zła; jak mówiła św. Teresa z
Lisieux, niewidocznej dla oczu, ale dającej umocnienie sercu.
Owocem Ducha Świętego jest miłość, i zaraz po niej, jak pisze św.
Paweł do Galatów – radość. Nie przez przypadek ten wielki Apostoł
powtarzał Radujcie się w Panu. Gdy patrzymy uważnie na ikonę
Trójcy Świętej Rublowa, możemy dostrzec, że aniołowie delikatnie się do
siebie uśmiechają. To bycie naprzeciwko drugiego i obok drugiego jest
wpisane w radość twarzy osób boskich. Radość jest więc jakąś tajemnicą
Boga...
Fragment
Aleksandra Kuźma: Jest takie przekonanie, że coraz
mniej w nas radości, że odrzucamy życie, że ludzie dzisiejszego świata uprawiają filozofię rozpaczy. Nie idzie
to jakoś w parze z przesłaniem chrześcijańskim. Święty
Paweł w liście do Galatów mówi, że owocem Ducha
Świętego jest miłość i zaraz po niej wymienia radość
– ale to przecież jeden owoc. Czy zatem ludzka radość
jest cnotą, tak jak miłość, łagodność czy cierpliwość?
Ojciec Emil Smolana: Zapewne tak, w takim
wymiarze możemy mówić o radości wewnętrznej,
którą nosimy w sobie. O takiej radości myślę, że jest
darem Ducha Świętego. Nie zawsze musi być ona
widoczna na zewnątrz w postaci uśmiechu, choć
może manifestować się także i tak. Radość, o której
mówi święty Paweł, jest radością Ducha i w sposób
duchowy trzeba na radość chrześcijańską popatrzeć.
Jeśli daję się prowadzić Duchowi Świętemu, to On
napełnia moje serce nadzieją, prowadzi mnie do miłości i obdarza radością.
A.K.: Radość byłaby więc cudem?
O.E.S.: Tak, bo radość jest związana z nawróceniem, z przyjęciem zbawienia. Chodzi mi o ta-
kie chwile, kiedy uświadamiamy sobie, że Bóg jest
obecny w naszym życiu. Tak było w moim przypadku. Był taki moment, kiedy chodziłem różnym
drogami, nie zajmując się Panem Bogiem i Kościołem. Szukałem na swój sposób, próbując odnaleźć własną drogę. Skończyło się to zabrnięciem
w nieciekawe rejony i praktyki, które z Bogiem nie
miały nic wspólnego, choć początkowo tak mi się
wydawało. Doszedłem do granicy, w której życie
straciło sens, wszystko przestało się liczyć, została
tylko rozpacz. Kiedy było bardzo źle, Pan Bóg nie
zostawił mnie samego, wkroczył w moje życie i pokazał mi drogę. Czas mojego nawrócenia był cza-
sem nieopisanej radości, której nie mogłem wyrazić
słowami, mogłem jedynie opowiadać o tym, co się
ze mną stało. Spotykając Boga, doświadczamy, że
w naszym życiu nie ma sytuacji bez wyjścia, sytuacji
totalnej beznadziei – nawet jeżeli nam się tak wydaje. Chrześcijańska radość jest związana z miłością i nadzieją, którą odkrywamy przez dotyk Boga
– dokładanie tak, jak pisze święty Paweł. Nie musi
to być związane ze spektakularnymi wydarzeniami,
chodzi o to, żeby być pojednanym z Bogiem, a On
już nas pociągnie, w Psalmie 138 czytamy: „Pan za
mnie wszystkiego dokona”.
A.K.: Ale to jest kwestia wiary.
O.E.S.: Tak, wiara jest początkiem. Wiara wzrasta w nas, kiedy z Bogiem żyjemy w zgodzie. Wzrost
wiary pociąga wzrost nadziei, wzrost nadziei pociąga
za sobą wytrwałość, wytrwałość pociąga za sobą męstwo – tak mówi św. Paweł w Liście do Rzymian.
Nawet wtedy, kiedy jest nam trudno, w takiej sytuacji niekoniecznie będziemy skakać do nieba z radości – chyba nawet takie przysłowie funkcjonuje
– ale będziemy mieli świadomość, że mamy oparcie
w Bogu, a to nas ratuje przed rozpaczą. To ważne,
by o tym pamiętać. Nie muszę tego jakoś specjalnie
odczuwać, ale mogę to nosić w pamięci. Jeśli chce
się budować jakiekolwiek relacje, z przyjacielem, ale
także z Bogiem, czasami trzeba po prostu powiedzieć,
co się myśli i czuje – wtedy, wydaje mi się, zachodzi
równowaga i też mogę drugiego poznać. Możemy
Bogu wszystko powiedzieć. Nie róbmy projekcji, co
byśmy chcieli, możemy podjąć ryzyko, bo Bóg nas
zrozumie. To ryzyko wiary.
A.K.: Zanim odczułeś radość, poznałeś też cierpienie,
nie myślę tylko o cierpieniu fizycznym, ale duchowym.
Człowiek zawieszony w próżni duchowej cierpi, bo
nie ma żadnego stałego punktu odniesienia. Czy nie
masz wrażenia, że coraz więcej ludzi deklaruje się jako
poszukujący, a tak naprawdę są oni w jakiejś próżni?
Czy to syndrom naszych czasów, czy wyraz duchowego
lenistwa?
O.E.S.: Poszukiwanie jest wpisane w nasze życie. Zawsze czegoś szukamy; szczęścia, miłości, zrozumienia, zdrowia, spokoju. W naszą egzystencję
wpisany jest jakiś brak. Jak mówi św. Augustyn,
niespokojne jest nasze serce, dopóki nie spocznie
w Bogu. To bardzo piękne zdanie, nad którym
warto chwilę pomyśleć. Poszukiwanie powinno być
cechą nie tylko tych, którzy nie spotkali Boga, ale
przede wszystkim tych, którzy go odnaleźli. Może
to paradoks, ale chrześcijaństwo jest ich pełne. Po-
znając Boga, nie da się go ogarnąć, zamknąć w naszym pojmowaniu. Bóg jest zawsze kimś nowym,
kto przychodzi i zaskakuje. Kimś, kto potraf wybić
nas z utartych kolein i schematów. Podążanie za
Bogiem jest ciągłym poszukiwaniem, które nigdy
nie skończy się na tym świecie. Mamy poszukiwać Boga, odkrywać go każdego dnia, w zdarzeniach, ludziach, których spotykamy, czy wreszcie
w samych sobie. Dzisiejszy świat proponuje nam
wiele rozwiązań, na wolnym rynku idei możemy
zaopatrzyć się we wszystko. Promuje się wiele rzeczy i zachowań wręcz destrukcyjnych. Może to jest
powodem zagubienia i dezorientacji. Najważniejsze jest jednak pragnienie i poszukiwanie. Pismo
Święte mówi, że Bóg daje się znaleźć tym, którzy
go szukają. Te poszukiwania nie będą łatwe, ponieważ Bóg przychodzi do nas jako Bóg. Pośrodku ciebie jestem Ja – Święty – mówi Księga Ozeasza (11,9)
– Bóg będzie niejako wyganiał z nas wszystko to,
co święte jeszcze w nas nie jest.
A.K.: Radość i wdzięczność wypływają ze zgody na
istnienie smutku i cierpienia. Kiedy nie widzimy już
sensu tych ostatnich, czy dostrzegamy potrzebę radości?
O.E.S.: W doświadczeniu życia codziennego odnajdujemy i radość, i cierpienie, które istnieją obok
siebie. Najczęściej odczuwamy je jako kolejne etapy
rzeczywistości, które następują po sobie. Albo się raduję, albo cierpię. Jedno wyklucza drugie. Radość
chrześcijańska jest radością, w której te dwa momenty
mogą zaistnieć razem, tak jakby na dwóch płaszczyznach. Pomimo zewnętrznych utrapień, trudności
i cierpienia, wewnątrz odnajduję radość. Jest ona
jakby miejscem wewnątrz mnie, w którym panuje
spokój, w którym odnajduję Bożą obecność. Nie jest
to radość emocjonalna, nie wypływa ona z faktu, że
coś mi się w życiu udało, coś zrobiłem, czy z tego, że
ktoś mnie pochwalił i poklepał po ramieniu. Jest to
radość wynikająca z przebywania z Bogiem. Z doświadczenia fundamentalnej prawdy, że Bóg stworzył
mnie z miłości i jestem do niej zaproszony. Kiedy
mam tego świadomość, jest we mnie także zgoda na
cierpienie. To jest swoisty fenomen chrześcijaństwa.
A.K.: Człowiek rodzi się ku dobremu, a nie ku złemu.
We wszystkich nas jest ta tęsknota, by być dobrym? Czy
to jest idealizowanie?
O.E.S.: Nie, to, o czym mówisz, jest naturalnym „chceniem” w nas; tak zostaliśmy stworzeni.
Wszystko, co stworzył Pan Bóg, było dobre, pierwsi
rodzice przed grzechem żyli w przyjaźni z Bogiem,
byli święci, my do tej świętości dopiero dążymy. Rodzimy się ku dobremu, czyli skierowani ku Bogu, on
jest naszym celem. Nawrócenie, do którego wzywa
nas Ewangelia, jest zmianą kierunku, odwróceniem
się od zła i zwróceniem się na nowo ku Bogu. Stanięciem przed Bogiem twarzą w twarz, by wpatrywać
się w Jego oblicze. Nie jest to więc idealizowanie, ale
pragnienie, które jest złożone w każdym człowieku.
Im bliżej będziemy Pana Boga, tym to pragnienie
dobra będzie w nas wzrastać. Będziemy też pragnąć
Boga, a jak mówią teologowie, że tęsknota za Bogiem jest największą łaską.
A.K.: Wydaje się nam często, że takie pragnienie jest
zarezerwowane dla świętych, może dla osób duchownych?
O.E.S.: Nic bardziej mylnego. Przecież Bóg nie
jest tylko dla niektórych – to byłoby sekciarskie.
A.K.: Widziałeś film Katarzyny Rosłaniec „Galerianki” – chyba dość kontrowersyjny? Opowiada
o młodych dziewczynach, które prostytuują się w galeriach handlowych w zamian za ubrania, telefony
komórkowe. Większość z nich to dziewczynki w wieku
gimnazjalnym, które w świecie wszechobecnej konsumpcji, także chcą się stać prawdziwymi konsumentkami. Bez moralnych oporów, dzięki swoim usługom
zdobywają ciuchy, telefony komórkowe i kosmetyki,
które podwyższają ich status w grupie rówieśników.
Niski wiek „galerianek” i brak odpowiedniej reakcji
dorosłych szokują i skłaniają do zastanowienia się nad
przyczynami tego zjawiska.
O.E.S.: Widziałem krótkometrażową wersję filmu. Film opowiada o potrzebie akceptacji. Każdy
z nas chce być przyjęty, akceptowany i kochany.
Chcemy być dla innych kimś ważnym. Alicja, główna
bohaterka, szuka w gronie rówieśniczek tego, czego
nie mogła odnaleźć w swoim domu, czegoś czym po-
winni obdarzyć ją rodzice. Film pokazuje, jaką wielką
rolę rodzice odgrywają w życiu swoich dzieci. Jeśli
ich nie ma, dzieci bardzo cierpią. Spotykam młode
osoby, które dzieląc się swoim doświadczeniem życia
w domu, mówiły wielokrotnie, że posiadają wszystko
w sensie materialnym, ale brakuje im rodziców, którzy są nieobecni, którzy odeszli, którzy nie zajmują
się nimi. Młodzi ludzie mówili, że byliby w stanie
oddać to wszystko, co mają, za normalną kochającą
się rodzinę. Jeżeli z domu wyniesiemy poczucie bezpieczeństwa i wsparcia, o wiele łatwiej i bezboleśnie
będziemy potrafili zmierzyć się z życiem. Jeśli człowiek ma poczucie oparcia i akceptacji, to nie będzie
tak ciężko przeżywał tego, że rówieśnikom nie po-
doba się jego wygląd czy zachowanie.
A.K.: Ten film pokazuje problemy młodzieży, zdaję
sobie sprawę, że nie wszystkie gimnazjalistki są takie,
ale reżyserce (ten film był okrzyknięty najmocniejszym
debiutem roku) udało się uchwycić rzecz istotną, że
dla młodych ludzi wartość człowieka jest wyznaczana
przez przedmioty.
O.E.S.: Jest tak, jak mówisz. Bardzo dużo zależy od naszego wychowania, od tego, na jakich
wartościach próbujemy budować nasz światopogląd. Często fascynujemy się jakimiś nowościami;
istnieje moda na różne gadżety, chcemy mieć fajne
buty albo telefon z gpsem. I nie jest to złe, jeśli
wiemy i pamiętamy, że to tylko rzeczy, które mają
nam pomóc na naszej drodze. Możemy się z nich
cieszyć, ale nie są one najważniejsze, nie są celem
naszego życia. Jeżeli rodzice są w stanie pokazać
to swoim dzieciom, to bardzo dobrze. W pewnym
wieku dzieciaki wybiegają swoimi myślami zaledwie na kilka dni do przodu. Tak naprawdę to,
co będzie później, nie jest tak ważne. Jeżeli będą
miały dobry przykład, jeśli będą miały na kim się
wzorować, to prędzej czy później to zrozumieją.
Smutne jest jednak to, że spotyka się dorosłych,
którzy myślą takimi kategoriami i wartościują ludzi poprzez pryzmat posiadania rzeczy i grubość
portfela. W duszpasterstwie doświadczam tego,
że dla wielu młodych ludzi wartości duchowe są
bardzo ważne. Nie przychodzą tu tylko dla rówieśników, choć jest i tak. Starają się odnaleźć Boga
w swoim życiu, zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.